Tęsknota Za Słodkim [felieton] Źródło: Filipinka Autor: K. Nosowska Data: 1998-09-01
Tak zazdroszczę, że jeszcze wszystko przed wami
Jestem cudownie podekscytowana na myśl, że wygadam się do woli. Tak się składa, że mieszkam na wsi, otoczona dwoma chłopami, którym kosmiczna trudność sprawia wspięcie się ponad męski sposób widzenia rzeczy, co wielokrotnie prowadzi do swoistych nieporozumień. Od kilku tygodni pozostaję w stanie permanentnej chandry. Jestem bombardowana odłamkami cudzych depresji, smutków, niepowodzeń, a w związku z tym, że mam nieprawdopodobną zdolność współodczuwania, powoli zaczynam się kurczyć. Czuję się stara, a też przed snem również głupia. Jedno jest pewne: albo ciągle dojrzewam, albo wkroczyłam w fazę przekwitania.
Byłam ostatnio w Szczecinie u rodziców w jednym z przepastnych pawlaczy znalazłam swój pamiętnik. Pisząc go, byłam jakieś jedenaście lat młodsza, co nie oznacza, że skrajnie inna. Pod datą 5.6.1987. napisałam: "Gdybym schudła 10kilo, to pozbyłabym się wszystkich kompleksów. Ale ja nie mam za grosza silnej woli. Wcale nie musze być głodna, żeby jeść, a kiedy mam problemy jem za dwóch".
No i co? No i to samo. Dzisiaj też chcę schudnąć 10kilo, z tą różnicą, że kiedy mi się to uda, będę ważyła tyle samo, co w 1987 przed dietą. A, przepraszam, coś jednak się zmieniło teraz jem za trzech.
W tamtym czasie byłam równie hipochondryczna, jak teraz. Uwaga, oto fragment zapisków koleżanki Nosowskiej z 13.4.1987.: "Bardzo źle się czuję. Boli mnie głowa w jakiś dziwny sposób. Jest mi dziwnie niedobrze i dziwnie wydaje mi się, że umieram".
Muszę powiedzieć, że się wyrobiłam. Przez te wszystkie lata systematycznie pogłębiałam swoją wiedzę na temat chorób i dziś, gdy boli mnie głowa, czuję się szczęśliwa i zdrowa. W stan niepokoju wprowadza mnie natomiast wyimaginowana wysypka, która mogłaby świadczyć o tym, że cierpię na jedną s paskudnych chorób tropikalnych, zawsze kończących się śmiercią. Istna masakra. Jeżeli zaś chodzi o sferę uczuciową, to w 1998 r. jest chyba lepiej.
Wtedy byłam śmiertelnie zakochana w niejakim Jacku. Był on ode mnie starszy o siedem lat, co tłumaczy totalną przepaść intelektualno-emocjonalno-wszelaką między nami. Szczerze mówiąc, gdy czytam fragmenty dotyczące tego pana, to nijak nie rozumiem, o co mi właściwie chodziło. Posłuchajcie sami: "Tobie chciałabym ofiarować wszystko, co we mnie dobre i złe:. "Nie możemy być razem. Ja nigdy o nikogo nie będę zabiegać". Chciałabym, żebyś to ty był ojcem moich dzieci". "Jesteś wymyślony przez Diabła w chwili specjalnego natchnienia".
I temu podobne. Musiałam być nieźle stuknięta. Dziś Jacek chodzi w garniturze, jeździ nowym oplem i pewnie ma jakieś dzieci.
A ja? Mój syn Mikołaj właśnie wybiegł zapłakany z kuchni (na skargę do mojego "prawie męża" Adama), bo nie pozwoliłam mu napić się coca-coli. Adam ignoruje mnie, namiętnie oddając się komputerowym uciechom. A ja chcę kwiatów, świec, pełnych pożądania spojrzeń. Czy po czterech latach bycia ze sobą normą jest, że kwiaty, świece, pożądliwe spojrzenia nie znajdują się na liście?
Tak wam zazdroszczę, że wszystko jeszcze przed wami. A może powinnam zafundować sobie ognisty romans? Nie. Moją domeną jest lenistwo. Najnormalniej na świecie nie chciałoby mi się przechodzić przez te wszystkie etapy zakochania, typowe dla początkowej fazy miłości. Aczkolwiek tęsknię za tym słodkim muleniem w żołądku. I jeszcze za kwiatami...
Pewnie zanudziłam was na śmierć. No tak, to by tłumaczyło, dlaczego nie udało mi się przez tyle lat z nikim zaprzyjaźnić. Chandry miewam średnio raz w tygodniu i za dużo gadam.
Materiał zgromadził(a): Szlachcic
|