Dawno temu na wakacjach [felieton] Źródło: Filipinka Autor: K. Nosowska Data: 2001-10-01
Po dziesięciu latach niewidzenia odwiedziły mnie w wakacje dwie koleżanki ze szkoły średniej. Nie mogłyśmy się nagadać! Nagle okazało się, że upływ czasu nie ma żadnego znaczenia, że wciąż jesteśmy takie same, no może nieco inaczej opakowane. Wspominałyśmy dawne czasy, rozmawiałyśmy o facetach, dietach, marzeniach.
Lato przyjęto w tym roku za obowiązujące hasło "Pojawiam się i znikam". Łatwo się domyślić, że podczas mojego pobytu nad jeziorem wybrało opcję "znikam", doprowadzając do sytuacji, w której do nielicznych atrakcji należało wymienianie się swetrami, nadrabianie zaległości filmowych, zachwycanie się zapachem trawy po deszczu itp. Po miesięcznym pobycie we wsi Nojszew w gronie zespołu HEY, jakby tego było mało, na wakacje również wybraliśmy się wspólnie i choć panicznie boję się tego określenia, to narodziło się między nami coś, co chyba można nazwać czymś na kształt przyjaźni. Wracając do zajęć - chłopcy dokładali (od początku pobytu) wszelkich starań, by dopaść jak największą ilość ryb, zresztą bez powodzenia. Po kilku podejściach doszli jednoznacznie do wniosku, że w tym jeziorze można złowić stary klapek, części garderoby, butelki po napojach chłodzących, nawet łyżwiarza, ale nie rybę. My, kobiety, doskonaliłyśmy się w sztuce kulinarnej (własnoręcznie w spartańskich warunkach wykonałam kilkadziesiąt pierogów z wykwintnym szpinakowym nadzieniem) i starałyśmy się okiełznać wyjątkowo niesubordynowane tego lata dzieci, które dbały o utrzymanie wysokiego poziomu adrenaliny Reasumując, było zdecydowanie spokojniej niż w ubiegłym roku, kiedy to po dwóch dobach odwieziono mnie do szpitala z atakiem wyrostka robaczkowego, a co za tym idzie: raczej nudno, nie licząc dokładnie trzech spektakularnych zdarzeń.
Pierwsze z nich to pobyt w Świerkocinie - polskim safari. Na kilku hektarach pozbawionej wszelkiej roślinności ziemi zgromadzono kilkadziesiąt totalnie zdołowanych zwierząt, które za wcale niemałą opłatą "cieszą" oczy panów tego świata - ludzi. Osły w depresji, wyleniało lamy, zebry o pozbawionych wyrazu spojrzeniach, strusie oszalałe z braku swobody... Istny koszmar! A dla rozładowania emocji, a może raczej ich podkręcenia - mini wesołe miasteczko, wliczone w koszt biletu. Jedyną karuzelą, na którą za namową synka wsiadłam, był diabelski młyn. Podobno widok z góry był absolutnie rozwalający... Nie wiem, bo cały czas miałam zamknięte oczy a w myślach przerzucałam kolejne paciorki różańca, modląc się o szczęśliwy koniec tej idiotycznej zabawy. W każdym razie wiem, że mój lęk wysokości nie jest wytworem fantazji, tylko potwierdzonym testem faktem.
Dowiedziałam się również, że miasto Gorzów zaproponowało przeniesienie safari na tereny byłej jednostki wojskowej, pełnej zieleni, ale decydenci ze Świerkocina nie chcą stracić dochodu, jaki przynoszą zdołowane zwierzęta i karuzele. Dodam, że dzieci miały absolutny luz spowodowany prawdopodobnie tym, że nie miały w swoim małoletnim życiu okazji zobaczenia szczęśliwego osła, równomiernie owłosionej lamy czy zebry o pełnym wyrazu spojrzeniu.
Drugie zdarzenie, które stanowiło miłą odskocznię od wakacyjnej codzienności, to Przystanek Woodstock. Nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji brać udziału w tak fajerwerkowych okolicznościach. Jak żyję, nie widziałam takiej ilości ludzi z perspektywy sceny To naprawdę robi wrażenie i stanowi świetną okazję do wyobrażenia sobie, z czym na co dzień obcują artyści zagraniczni. Polacy uwielbiają być razem. Kochają bliskość innych ciał i schronienie się pod parasolem wspólnej idei. Możecie przekazać rodzicom, że nie muszą się przesadnie obawiać wypuszczenia Was spod swoich ochronnych skrzydeł na czas trwania tego festiwalu. Wiem, że mają wypaczony obraz tego, co się tam dzieje, ale wszyscy wiemy jak tendencyjne potrafią być wiadomości telewizyjne, radiowe czy prasowe. Jeżeli na dwieście tysięcy osób, osiem wyląduje w odmiennym stanie świadomości w ambulatorium, a telewizja pokaże tylko te osiem osób, to automatycznie cała Polska myśli, że cała reszta również w takim stanie się znajdowała. Nie przesadzajmy! Wierzę głęboko, że młodzieży w Żarach zależy przede wszystkim na kontakcie z muzyką i sobą nawzajem i że te dwa dni potrafią naładować akumulatory na cały przyszły rok.
No i przyszła pora na zdanie relacji z ostatniego znaczącego wydarzenia. Wyobraźcie sobie, że podczas wakacji odwiedziły mnie dwie koleżanki ze szkoły średniej, a stało się to po dziesięciu latach niewidzenia. Każda z nich przywiozła ze sobą po jednej córce, mężów pozostawiając w domu. Nie mogłyśmy się nagadać! Nagle okazało się, że upływ czasu nie ma żadnego znaczenia, że wciąż jesteśmy takie same, no może nieco inaczej opakowane.
Wspominałyśmy dawne czasy, dziewczyny dostarczyły mi kilka szczegółów, które nie wiedzieć czemu wymazałam z pamięci. Rozmawiałyśmy o facetach, dietach, marzeniach. Po trzecim piwku zapragnęłyśmy zamieszkać w komunie, z dala od destrukcyjnego wpływu mężczyzn i nie zajmować się niczym poza przedłużaniem w nieskończoność młodości. W każdym razie na pewno powtórzymy spotkanie w Warszawie. Wystroimy się w sukienki i pójdziemy na tańce, a wracając do domu nad ranem, będziemy hałaśliwe i szalone jak sama młodość.
Na koniec cytat z Mikołaja. Mikołaj do dziadka: "Wiesz, chciałbym mieć wiele kobiet". Muszę przystąpić natychmiast do sporządzenia testów na przyszłą synową. Pozdrawiam
Materiał zgromadził(a): Szlachcic
|