Dół absolutny [felieton] Źródło: Filipinka Autor: K. Nosowska Data: 2000-04-01
Naraziłam się dosłownie wszystkim. Znajomym, mamie, ciotce, synowi, ukochanemu, kelnerowi... Wszystkim. Moja upierdliwość nie zna granic.
Cześć! Miałyście kiedyś wrażenie, że wszystko i wszyscy sprzysięgli się przeciwko Wam? Ja tak. Doświadczyłam ostatnio ekstremalnej formy doła. Przestudiowałam całe swoje "archiwum podupadania na duchu", aby sprawdzić, czy kiedykolwiek wcześniej znajdowałam się w podobnym stanie. Okazało się, że owszem. Tuż przed maturą, a ściślej mówiąc przed oddaniem pracy dyplomowej.
Moja organiczna niechęć do przedmiotów zawodowych spowodowała, że postanowiłam "bronić się" z rysunku, bo ten przedmiot darzyłam jako taką sympatią. Temat brzmiał: "Kopia obrazu znanego malarza". Wybrałam Picassa, a to dlatego, że kilka miesięcy wcześniej ktoś podarował mi album z jego twórczością. To był czas lizania bolesnych ran po rozstaniu z moim ówczesnym narzeczonym, więc całkiem zrozumiałym było dążenie do maksymalnego odciążenia wyobraźni, której potrzebowałam jak najwięcej, by móc w nieskończoność przeżywać swoje cierpienie.
Wydawało mi się, że skopiuje Mistrza szybciej decydując się na obraz z okresu błękitnego jego twórczości. Pomyślałam, że im mniej kolorów, tym więcej zaoszczędzonego czasu. Nietrudno się domyśleć, jak bardzo się myliłam. Musiałam godzinami mieszać farby, by uzyskać "sześćset" odcieni niebieskiego niezbędnych do uzyskania pożądanego efektu. Każdego dnia zniechęcałam się bardziej i bardziej. Codziennie ten sam scenariusz wydarzeń: po kilku minutach pracy tracę cały zapał i ładuję przepełniona poczuciem winy na tapczanie, w celu perwersyjnego oddawania się rozpaczy. I tak oto z miejsca, jaki miałam na pracę, zrobił się tydzień. Popadłam w totalną depresję, zasłoniłam okna zasłonami i z wolna zaczęłam dochodzić do przekonania, że tylko śmierć może mnie wyswobodzić... Na szczęście obyło się bez prób samobójczych.
Wiece, na czym polega jedna z metod kopiowania obrazu? Na tym, że reprodukcję dzieli się na kartki. Potem kopiuje się kartkę po kartce, aż w końcu całe dzieło zostaje przeniesione. Postanowiłam skupiać się na tych malutkich fragmencikach, nie widząc chwilowo całości. Skupić się tak naprawdę. Przyjąć zasadę, że nie istnieje na tym cholernym świecie nic, poza małym kwadracikiem. Ani depresja, ani były chłopak, nic. I udało się! Zostało tylko przykre poczucie straty czasu. Teraz brzmi to idiotycznie, ale wtedy to była prawdziwa masakra. Dzisiaj oddałabym wiele, żeby mieć tylko takie problemy.
Jak już wspomniałam, miałam ostatnio straszliwe poczucie ocierania się o dół absolutny. Naraziłam się dosłownie wszystkim. Znajomym, mamie, ciotce, synowi, ukochanemu, kelnerowi... Wszystkim. Moja upierdliwość nie zna granic.
Z drugiej strony obserwowałam siebie niejako z boku. Patrzyłam na laskę, która doprowadza swoje życie do ruiny i miałam ochotę lać jej po mordzie, a potem rzucić.
Niezadowolenie prowadzi zazwyczaj do rozwoju. Tak powiedział jakiś niezwykły mądrusek. Byłam tak bardzo niezadowolona z siebie, że nie pozostało mi nic innego, jak tylko zrobić coś. Zapłakałam nad sobą i postanowiłam prosić świat o wybaczenie.
Zaczęłam od narzeczonego. Powiedział mi coś niezwykle cennego i piszę to wszystko właściwie po to, by się z Wami podzielić. Czasami nie wiadomo, dlaczego mówimy lub robimy coś, co rani innych w takim stopniu, że postanawiają się od nas odwrócić i chociaż najczęściej potrafimy sami przed sobą przyznać się do błędu, to wielki kłopot sprawia okazanie skruchy. Mój N. Powiedział, że na naprawianie nigdy nie jest za późno, że od momentu, kiedy uświadomimy sobie błąd, każdy następny dzień możemy poświęcić na odczarowywanie.
W pierwszym zdaniu tego felietonu dałam Wam do zrozumienia, że przyczyną mojego nieszczęścia jest zły świat i źli ludzie. Nieprawda. Zrozumiałam, że otrzymujemy od ludzi dokładnie tyle, ile dajemy, a zdarzenia są naturalną konsekwencją naszego postępowania. Dlatego w najbliższych dniach mam zamiar zadośćuczynić pokrzywdzonym a przede wszystkim zmienić swój roszczeniowy stosunek do życia na nieroszczeniowy. Chcę Was uczynić świadkami tego postanowienia. Wiecie, to, co wypowiedziane publicznie, ma większą wagę.
Dobra, teraz z innej parafii. RZUCIŁAM PALENIE! Mówiłam to już tysiące razy i za każdym razem wracałam do nałogu. Właściwie nie byłoby powodu, by mi wierzyć, gdyby nie to, że tym razem ja naprawdę nie palę. Osiągnęłam dno, no bo, czyż nie jest dnem wypalenie dwóch paczek dziennie? Któregoś dnia stwierdziłam, że papierosy przestały mnie już kręcić, że palę tylko dlatego, że nie potrafię nie palić, że nie jestem w stanie stoczyć ze sobą tej walki.
Nie palę za sprawą pewnego seansu. Dowiedziałam się, że psychiatra zza wschodniej granicy, sprytnie posługując się siłą sugestii, leczy palaczy i alkoholików. Nie pytajcie mnie, jak to możliwe, ale muszę powiedzieć, że działa. Nadal się wściekam, piję kawę, pracuję, a więc wykonuję wszystkie te czynności, które kochają towarzystwo papierosków, ale nie przychodzi mi do głowy, by jarać. Nie ma co, mam chociaż jeden powód do dumy.
Póki co mamy znowu wiosnę. Która to już nasza wspólna? Miłości życzę. Niech każda z Was usłyszy: Kocham cię, a nawet lubię. Pozdrowionka ślę!
Materiał zgromadził(a): Szlachcic
|